wtorek, 24 kwietnia 2012

życie snem

Lubię takie historie, w których ktoś rzuca wszystko i rusza przed siebie tylko z czystej inspiracji. Nie myśli o tym, z czego i za co będzie żyć, coś takiego jak przygoda Chrisa McCandless’a ukazana w filmie „Into the Wild”. Kiedyś udało mi się nawet kilka razy tak zniknąć, gdy byłem jeszcze nieograniczony przez czas jak dziś. Zawsze, gdy odpalam ten klip myślę – coraz bardziej – aby w końcu zrealizować swoje najskrytsze marzenie. Zostawić telefon, wyrzucić laptopa, wziąć parę groszy i iść przed siebie w podróż gdzieś w nieznane. 


środa, 18 kwietnia 2012

Full House Lottery



Nigdy nie myślałem o szczęściu, a tym bardziej o tym czy je mam czy nie. Kiedyś, bardzo dawno temu, gdy książki czytało się jak dziś newsy ze znanych serwisów internetowych udało mi się przeczytać rozprawkę filozoficzną słynnego polskiego filozofa Władysława Tatarkiewicza zatytułowaną „O szczęściu”. Grube, pięciuset stronnicowe tomisko napisane drobnym druczkiem zawierające definicje, analizę i różne przykłady, z których można dowiedzieć się wszystkiego o istocie samego zjawiska.

Gdy ostatnio pojechaliśmy zobaczyć nowo wybudowane domy na obrzeżach Edmonton, które są główną nagrodą w loterii Full House(link) postanowiłem sprawdzić w praktyce treści zawarte w książce Tatarkiewicza, czyli po prostu dać szansę szczęściu. W automacie, który znajdował się w przedsionku jednego z domów zakupiłem los na loterii, w której co dziewiąta osoba coś wygrywa. Wśród nagród są domy, auta, wymarzone wakacje i inne atrakcyjne rzeczy o wartości nie mniejszej niż cena biletu. To jest właśnie szczęście przewidywalne, które – spójrzmy prawdzie w oczy – rzadko się sprawdza. W rzeczywistości szczęście się po prostu ma albo się o nim myśli.

środa, 15 lutego 2012

Fort McMurray kamp

Czwartek, późny wieczór, dworzec autobusowy w Edmonton. Moje ostatnie chwile przed podróżą na odległą północ, najpierw do Fortu McMurray, a stamtąd do Henday Lodge, które w ogóle nie istnieje na mapie. Jestem podekscytowany zbliżającą się nową przygodą i tym, co czeka na mnie za błękitnym horyzontem. Zmęczenie, adrenalina oraz wiele pytań, na które nie znam odpowiedzi, pozwalają mi odskoczyć na chwilę od obskurnego widoku dworca i znajdującego się tam lokalnego menelstwa, które to w większości siedząc na ławeczkach z nogą założoną na nogę, gawędzi o wszystkim, co im się dzisiaj przytrafiło od czasu do czasu spluwając na ziemię czarną po tabace śliną. Z zadumy wyrywa mnie dopiero głos odźwiernego informującego o podstawionym autobusie, jednocześnie zapraszając podróżnych do ustawienia się w kolejkę w celu sprawdzenia bagażu. Jeszcze tylko krótka pogadanka z ochroną na temat rzeczy niedozwolonych takich jak pianka do golenia i już jestem na pokładzie. Zakładam słuchawki i na pożegnanie Edmonton puszczam Ulricha Schnaussa „Stars”.

Pięć godzin z Edmonton do Fortu mija bardzo szybko, głównie na półśnie, którego nauczyłem się podczas moich wojaży po Turcji. Od czasu do czasu, unosząc lekko powiekę sprawdzam warunki pogodowe panujące za oknem, które pomimo wszechogarniającego nas mroku ukazują coraz to więcej śniegu i lodu. Niewielka ilość pasażerów już dawno zasnęła i nie sprawia kłopotów, mimo to w ramach bezpieczeństwa zająłem miejsce z przodu, zdjąłem buty i rozwaliłem się na dwóch siedzeniach, nogami w stronę korytarza tak, aby nikt nie mógł się dosiąść, ponadto w kieszeni „na wszelki wypadek” trzymam pęk kluczy, które owinięte są wokół dłoni. Wszystko to w celach obronnych na wypadek ewentualnego ataku świra, podobnego do tego, który miał miejsce, w 2009 kiedy to jeden z pasażerów uciął drugiemu głowę nożem, a później odkrawał sobie poszczególne jej części i zjadał na oczach wymiotujących, przerażonych ludzi siedzących dookoła – więcej o zabójstwie Tima McLeana (tylkowersja angielska).

Nad ranem budzi mnie głos kierowcy, który oświadcza, iż za chwilę będziemy u celu oraz dziękuję za wspólną podróż. Wysiadam i udaję się Franklin Avenue do siedziby firmy gdzie czeka już na mnie Ben. Wsiadamy i ruszamy w kolejną dwugodzinną podróż do Henday Lodge. Ben z pochodzenia jest Filipińczykiem, który przyjechał do Kanady pięć lat temu w poszukiwaniu lepszego jutra. Na kampie pracuje od kilku miesięcy jednak bardzo sobie to chwali. Sama praca dla niego nie jest ciężka, a warunki zakwaterowania dobre mimo tego w głosie mojego kierowcy da się wyczuć tęsknotę za domem i rodziną, którą zostawił na kolejne trzy tygodnie w Banff. Jego sposób na izolację to czeki i zdjęcia osób mu bliskich. 

Droga asfaltowa zamienia się w gruntową, bez zmiany komfortu jazdy. Wokół tylko las i mijające nas wywrotki z piaskiem, gdzieś w oddali widać płomienie rafinerii. Wreszcie moim oczom wyłania się widok baraków połączonych w jedną funkcjonalną całość to Henday Lodge oznajmia Ben i zatrzymuje się przed głównymi drzwiami. Dziękuję mu za podróż i udaję się do recepcji, a stamtąd do pokoju by przygotować się do pracy, którą zacznę już za kilka godzin.

sobota, 31 grudnia 2011

klub dobrych koleżków

Atmosfera Świąt Bożego Narodzenia, Nowego Roku jak i zbliżającego się końca świata utwierdziła mnie w przekonaniu, że czas spróbować czegoś nowego. Zgodnie z kalendarzem majów, koniec ma nastąpić 21 grudnia 2012 roku, chociaż jego początek możemy odczuć już dzisiaj, bo niby skąd nagle w grudniu pięć stopni na plusie i codziennie słoneczna pogoda? Według niektórych zwolenników teorii spiskowych wszystko zacznie się już w styczniu, przez „wszystko” należy tutaj rozumieć różne anomalie pogodowe: powodzie, tajfuny, tornada i inne plugastwa, które dotychczas z większą lub mniejszą częstotliwością nawiedzały wybrane miejsca na świecie. Nie jestem jakimś szczególnym zwolennikiem teorii spiskowych, ale bardzo lubię takich historyjek słuchać – szczególnie przy piwku w „Good Fellows Pub”

Ostatnio dla odmiany wybrałem się na mecz hokejowy pomiędzy Czechami, a Stanami Zjednoczonymi w ramach młodzieżowych mistrzostw świata. Chociaż nigdy nie byłem wielkim fanem hokeja na lodzie to mecz jak i sam nastrój był naprawdę niezwykły, animozja Kanadyjczyków w stosunku do Amerykanów też. No i oczywiście cena tego nieszczęsnego piwka 8$ za jeden kubek (chyba pół litrowy) to dość wygórowana poprzeczka szczególnie dla zagorzałego kibica nie tylko tego trunku, ale także czeskiej drużyny. Pomimo tego faktu jak i stronniczości sędziów z dopingiem lokalnych kibiców Czechy pokonały bujających w obłokach Amerykanów. W drodze do domu zahaczyłem jeszcze o „Good Fellows” by posłuchać komentarzy lokalnych specjalistów. Oto zdjęcia i krótkie video z tego meczu.


IIHF 2012 Final score Czech vs United States  (5:2)
Czech vs United States end theme.




W związku z tym, że wcześniej nie udało mi się złożyć życzeń moim zagorzałym czytelnikom. Chciałbym życzyć Wam, aby te Święta były czasem szczęścia i pojednania oraz zapowiedzią czegoś nowego. Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku wraz lub za błękitnym horyzontem, życzy wam Teddy.

piątek, 2 grudnia 2011

studiowanie w Kanadzie

Trzy tygodnie temu postanowiłem zrealizować swoje marzenie i zapisałem się na internetowy kurs Javy. Odkąd sięgam pamięcią zawsze chciałem nauczyć się programować. Wszystko zaczęło się dość niewinnie w momencie gdy w naszym domu pojawił się pierwszy komputer Atari 130 XE/XL z wybudowanym językiem Basic. Niestety słomiany zapał i duża ilość gier, których nazw już nie pamiętam i których nigdy do końca nie udało mi się przejść pozwoliły mi nauczyć się jedynie podstaw.

Przeglądając w internecie oferty dostępnych kursów na terenie Edmonton nie mogłem znaleźć nic przystępnego, aż do momentu kiedy to w ręce wpadł mi katalog NAIT (The Northern Alberta Institute of Technology). Zresztą co jak co, ale w Kanadzie nie brakuje ciekawych kursów i pomysłów na nie. Nauka gotowania, malowania, sadownictwa, grillowanie czy blogging na który chciałem się nawet zapisać, to tylko część większej całości. Jednak całość ta okazuje się być dla obcokrajowców nadal amerykańskim snem.

Cena, którą trzeba zapłacić za chęć studiowania w Kanadzie jest trzy lub czterokrotnie wyższa od tej, którą musi zapłacić jej obywatel. Przykładowo trwający dwa lata kurs informatyki (Computer Engineering Technology w Nait) w trybie dziennym kosztuje przeciętnego kanadyjczyka 3906.00 CAD na rok. Dla porównania jego zagraniczny kolega musi zapłacić rocznie już 13000.00 CAD. Opłaty za książki i dodatkowe materiały to kolejne 2000$, nie wspominając już o kosztach utrzymania i wyżywienia, jak mówią „biznes musi się kręcić”. W tym wszystkim zastanawia tylko to kto tak naprawdę z tego korzysta, przecież imigranci wjeżdżający do Kanady to głównie azjaci, a nie chce mi się wierzyć, że osoby z Chin, Indii czy Filipin mają nagle na tyle gotówki by podjąć swoje wymarzone studia.

Wielu z nas pomyśli, że nie jest tak najgorzej w końcu możemy pracować podczas studiów i na nie zarobić. Okazuje się, że tutaj również jest haczyk. Z wizą studencką możemy pracować tylko i wyłącznie na kampusie o ile będzie tam jeszcze wolna posada, a kokosów tam nie zarobimy. Gdy chcemy pracować poza kampusem musimy ubiegać się o work permit, po otrzymaniu którego mamy możliwość pracy do 20 godzin w tygodniu (pół etatu) podczas roku akademickiego i na pełny etat w wakacje czy przerwy świąteczne co brzmi już całkiem obiecująco i stwarza jakieś nadzieje. Więcej na ten temat studenckich wiz i pozwoleń o pracę tutaj.

Postanowiłem odłożyć dłuższe kursy i programy wraz z katalogiem NAIT na jakiś czas do szafy. W zastępstwie znalazłem tańsze, mniej absorbujące kursy oferowane przez Metro Continuing Education, a stamtąd trafiłem do ed2go i ich internetowego kursu Java. Minęły już trzy tygodnie i jak na razie dużo się nauczyłem, jestem zadowolony, a instruktor zawsze służy pomocą. Nie żałuję tak wydanych pieniędzy w końcu to także marzenia.

poniedziałek, 14 listopada 2011

w oczekiwaniu na

Każdy z nas na coś czeka, niezależnie od wieku czy zainteresowań. Gdy jesteśmy dziećmi czekamy z utęsknieniem na pierwszą gwiazdkę, a następnie na Świętego Mikołaja z wyjątkowymi prezentami. W miarę dorastania, gdy zaczynamy traktować poczciwego brodatego staruszka z przymrużeniem oka, nasze priorytety i oczekiwania zmieniają się. Urlop i wakacje stają się ważniejsze od świąt, życie rodzinne od przyjaciół.

Wszystko to, co w pewien sposób nas ekscytuje i sprawia, że nasza egzystencja przez chwilę staje się inna to nie tylko wyjątkowe dni, ale również okres oczekiwania. Czas, który pozwala nam skupić się, przemyśleć daną kwestię, spojrzeć na nią z innej perspektywy.

Cechą wspólną wszystkich, którzy wybrali się za błękitny horyzont zdarzeń jest cierpliwość. Wszystko tutaj dzieje się bardzo powoli. Najpierw czekasz na wyniki egzaminu, później na dokumenty jeszcze później na list czy telefon. Godzina po godzinie, dzień po dniu aż spadł pierwszy śnieg i pojawił się Święty Mikołaj. Wiele historii ludzi, którzy czekali pół dekady.

Edmonton pierwszy śnieg
Edmonton pierwszy śnieg

Święty Mikołaj Southgate mall
Święty Mikołaj w Southgate

piątek, 28 października 2011

ironia losu

W domu ostatnio stała się tragedia, zabrakło tuszu w drukarce. Na wyświetlaczu migał napis „press the ok. button to replace ink cartridges”, a urządzenie pomimo doraźnego nakazu nie dawało oznak zainteresowania dalszą współpracą. Sami doskonale wiecie, że człowieka nic tak nie irytuje jak fakt, braku czegoś bardzo potrzebnego w danym momencie. Ja akurat potrzebowałem coś wydrukować, a jedynym pomysłem, który świtał mi w głowie na ten moment było „przerycie” całego domu w celu znalezienia tuszu. Ku mojej uciesze znalazłem go już po pięciu minutach i pewnie Serge z Quake 3 z tym swoim cygarem w gębie powiedziałby „mission accomplished son” gdyby nie fakt, że gdy już dobiegłem do drukarki i próbowałem włożyć tusz ten ostentacyjnie okazał się nie pasować.

Więc stoję sobie z tym tuszem, włosy stoją dęba i Sabka też prawie stoi na dwóch łapach salutując. Moja desperacja sięga zenitu. Zgrywam pliki na pendrive, nawet na dwa (tak na wszelki wypadek) i ruszam do Staples. Znacie tę pogodę słońce świeci, przejrzyste niebo warunki w sam raz na spacerek, do momentu,  dokładnie do połowy drogi kiedy to moje nowe zdradzieckie buty dogryzły mi się do skóry. Zawsze gdy musimy zrobić coś ważnego to bez względu na przeciwności losu staramy się brnąć do przodu. Takie sytuacje sprawdzają naszą silną wolę, to jak zależy nam na czymś. Wpadam w końcu do Staples z miną srającego kota, chociaż nie wiem jak takowa wygląda. W przeciwieństwie do psa, który robi gdzie popadnie to nigdy nie widziałem kota załatwiającego swoje potrzeby fizjologiczne na widoku - serio, sięgam głęboko wstecz i nic.

Staples oferuje szeroki zakres usług papierniczych i nie tylko. Moim celem ze względu na brak czasu był self-service do którego udałem się niezwłocznie po wejściu niczym pielgrzym do wodopoju. Żeby nie było za łatwo drukarki działają tylko na karty, tak te kredytowe, zgadliście. Oczywiście nie włożyłem swojej karty płatniczej z Europy, chyba nikt nie byłby na tyle nierozważny. Na szczęście młoda dziewczyna o imieniu Lou pracująca w serwisie sprzedała mi kartę do drukowania za jedyne 3$ Jednak samo drukowanie to już kompletny ubaw, ubaw po pachy gdy za dwie strony A4 zapłaciłem 1,68$ Dla osłody przed wyjściem zobaczyłem jeszcze dział z elektroniką gdzie za jedyne 170$ można było nabyć bezprzewodowy zewnętrzny dysk twardy o pojemności 3 TB z routerem. Pośliniłem się trochę jak pies na widok kostki i na chwilę zapomniałem o krwawiących nogach. Strony? okazały się zbędne.

Recent Comments